Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.
vaka
13:57
Wpis pochodzi z bloga: tldrtldr.wordpress.com

Umieszczam go tu, bo dawno nikt tak dobrze nie ujął tego, co czuję od dwóch lat... czy raczej od co najmniej 12, w mniejszym lub większym natężeniu. Ta bura suka depresja, jak nazywa ją autorka bloga, spierdoliła więcej niż połowę mojego życia i radośnie pierdoli je dalej. Niestety to nie wyimaginowany, niezależny twór, który można o coś oskarżać, to coś co pochodzi z wnętrza. Napis "samotność, nikogo o nią nie wiń, ona przyszła od środka" przez dwa lata widniał jako tło na pulpicie mojego monitora. Z depresją jest tak samo.

Napisałaś, że ta notka to pierwszy krok, do wyburzenia tego muru, który zbudowałaś wokół siebie. Ile ja popełniłam takich notek, ile razy było "spróbuje jeszcze raz"? Ale spróbuje, bo najwyraźniej to gra na tysiąc żyć, wieczne podnoszenie wypuszczonego z ręki mieczyka i zawsze "nadzieja, ta kurwa w zielonym", wciąż i wciąż, w kółko. Reprise, od początku, raz jeszcze. Spróbujmy jeszcze raz.

Sięganie dna to nie wypad na weekend.

Czasem czuję, że nie dam rady. Że po prostu złamię się jak suchy konar i rozpadnę na pół. Nie było mnie tu całe wieki. Tak bardzo chciałam wrócić w momencie, kiedy będę zdolna do napisania zdania: „wracam z piekła. Piękny świecie, witaj z powrotem!”. Fantazjowałam sobie, że zdołam opisać wszystko w czasie przeszłym, dodając: „nie ma mnie tam, teraz jestem TU”. Bez wątpienia jestem TU, ale gdzie jest to „TU”? Tak wielu z Was pytało mnie: „gdzie uciekłaś?”, „gdzie sobie poszłaś?”, „gdzie jesteś?”.

W ciemnej dupie od 1410 – gdybym miała być produktem, tak brzmiałoby moje hasło reklamowe.

Ewentualnie mogłabym nazwać w ten sposób moją autobiografię. Opowiedziałabym w niej o tym, jak w trzy miesiące stracić pracę, narzeczonego, pieniądze, 15 kilogramów, godność po alkoholu i własną jaźń. Następny podrozdział traktowałby o uczuciach – jakie to uczucie dostać nową pracę, a po miesiącu wyrwać sobie kręgi z kręgosłupa i znów jej nie mieć; jak to jest nie móc zawiązać butów, jak przeżyć wpuszczanie prądu w tkanki, jak smakują halucynacje po lekach i jak spierdolić się ze schodów, żeby ostatniego dnia roku złamać sobie nogę.

To miała być dobra notka, piękna, natchniona, niczym opowieść z długiej podróży, survivalu. Patrzcie, zmartwychwstałam, kurwa! No cóż. Nie.

sieganie

Zamiast tego będzie to moja pierwsza notka pisana w ciągu dnia. Powinnam być tym faktem wielce zadziwiona, ale kiedy nie śpisz czterdzieści osiem godzin pod rząd, i tak zadziwia Cię wystarczająco dużo. I serio, nie masz kurwa siły zastanawiać się, czy jest piątek, środa, czy może w czasie, kiedy Ty snułeś się jak cień po mieszkaniu, ktoś w tym czasie wprowadził jakiś nowy dzień tygodnia. Wszystko zlewa się w jeden dzień, jedną pierdolną dobę i tracisz już rachubę, czy kawa na stole to kawa wczorajsza, czy może chciałeś ją wypić pół godziny temu. W zasadzie i tak jest Ci wszystko jedno, wypijasz ją mimo wszystko, bo i tak smakuje jak gówno. Wszystko smakuje jak gówno i wszystko przesiąka jego smrodem, Twoja kawa, Twoje mieszkanie, Twoje życie, Twoi przyjaciele, Twoja rodzina i Twoje wszystko. Masz wrażenie, że rozdeptujesz je w każdym miejscu, w którym zdołasz się znaleźć, choć przestajesz bywać gdziekolwiek.

Depresja. Hehehehehehehehe. Kiedy myślisz o kimś, kto ma depresję, jakiego człowieka widzisz przed oczami? Smutna pizda, słuchająca smutnych piosenek o smutnych rzeczach, zakładająca smutne kaptury, leżąca pod smutnym kocem, smutno smucąca o smutku w swoim smutnym sercu.

No kurwa, niekoniecznie. Depresja może mieć szczęśliwe oczy, w których nie wyczytasz żadnej prawdy na jej temat. Może mieszkać w ciele człowieka, którego nie odróżnisz od innych ludzi, bo zdaje się robić te same rzeczy, co oni – wstaje, je śniadanie, myje zęby, chodzi na zakupy, wychodzi na dwór z psem, pije piwo ze znajomymi, a nawet śmieje się do łez. Może zakładać na człowieka zielone trampki, vansy w koty, kolorowe kurtki, szale w grochy, majtki w kropki i rajtki w kwiatki. Bawi się Tobą w bal przebierańców, ubiera Cię w skórę, którą wcześniej z Ciebie zdarła, tak samo jak zdarła z Ciebie godność i pewność tego, że kiedy patrzysz w lustro, widzisz siebie naprawdę.

Kiedy byłam mała, zrobiłam mojemu Tacie mały żarcik. Były kiedyś takie cukierki, Irysy, małe, twarde kwadraciki. Widząc, że w woreczku zostało ich już tylko kilka i wiedząc, że mój Tata się na nie pokusi, wyjęłam z jednego papierka Irysa, a zamiast niego włożyłam plastikową część domku dla lalek.
Nad ranem zastałam na parapecie odwinięty papierek, a obok ten kawałek plastiku. Rozbawiło mnie wtedy, jak wielkie rozczarowanie musiało spotkać Tatę, kiedy liczył na słodycz, a pod ładnym, złotym papierkiem, zastał kawałek plastiku. Czułam się jak geniusz zła.

Tak samo musi się teraz czuć ten chory skurwiel, mój los, kiedy łamię sobie zęby na moim życiu, bo odwinęłam papierek i nie sprawdziłam, co jest w środku.

Ale to nie jest tak, że pewnego dnia uwalasz sobie w głowie, że masz depresję. To nie jest rzecz, do której masz ochotę się przyznać, to nie jest piesek ze schroniska, którego masz ochotę przytulić do piersi i zabrać do domu.
To bura suka ze wścieklizną, która pewnego dnia stanęła pod Twoimi drzwiami, Ty wpuściłeś ją do środka, a ona rzuciła Ci się do gardła i zniszczyła wszystko to, co było dla Ciebie ważne.

Człowiek nie jest pierdoloną maszyną do akceptowania każdej sytuacji, w której się znajduje. Kiedy się smucisz, ludzie mówią Ci: „nie smuć się, nie wolno się smucić”, kiedy płaczesz, mówią Ci: „nie płacz, nie ma o co”, kiedy chcesz zostać sam, słyszysz: „musisz wyjść do ludzi”. Dlaczego, kurwa, dlaczego? Na każdym kroku jesteś negowany. Czy człowiekowi bez nóg można powiedzieć: „daj spokój, przecież je masz”? Jak więc można człowiekowi bez sensu wmawiać, że wciąż jest w jego posiadaniu?
Życie jest kolorowanką, ale Ty nie masz kredek. Masz tylko te pierdolone kontury swojej pustej kolorowanki i zero pomysłu na ich wypełnienie.

Czy kiedykolwiek czułeś, że Twoja głowa jest kompletnie pusta? Czy czułeś kiedyś tak wielką wściekłość, że potrafiłeś godzinami siedzieć na krześle i zastanawiać się, co właściwie się z Tobą dzieje? Nie jesteś w stanie tego wyjaśnić, nikt nie jest w stanie Ci tego wyjaśnić i Ty nie jesteś w stanie wyjaśnić tego nikomu. Później przestajesz się zastanawiać, jesteś takimi zwłokami unoszącymi się na powierzchni swojego mętnego życia. Nie robisz kurwa nic, dryfujesz, jesteś zarazem na powierzchni i na dnie, nigdzie nie potrafisz złapać tlenu. Dławisz się dymem z fajek, których wypalasz dziesiątki, setki i tysiące. O ile na początku czujesz ból, tak później przestajesz odróżniać go od jakiegokolwiek uczucia.
Przestajesz wypędzać burą sukę ze swojego wnętrza; nawet nie zdołasz uchwycić momentu, kiedy pozwoliłeś, by spała z Tobą w jednym łóżku. Nie wiesz nawet, kiedy zacząłeś godzić się na to, by decydowała za Ciebie. To się po prostu stało.

Oddalasz się od ludzi, bo jest coraz więcej do tłumaczenia, a Ty rozumiesz coraz mniej. Czujesz się coraz chujowiej. Im chujowiej się czujesz, tym gorzej ich traktujesz, tym częściej ich zawodzisz, tym bardziej milczysz. Oni chcą, byś mówił, a Ty nie masz im nic do powiedzenia. Oni chcą Cię wesprzeć, Ciebie nie stać nawet na wdzięczność, bo nie stać Cię na nic, jesteś mentalną biedą. Jesteś jak rozhisteryzowana trzynastolatka pogubiona w swoim młodzieńczym buncie. Masz ochotę kopać ludzi po mordach i kazać im się odpierdolić, a pięć minut później stwierdzasz, że wystarczyłoby, żeby ktoś Cię kurwa przytulił. A potem sobie poszedł. A potem stwierdzasz, że jesteś zwyczajnie pojebany, więc najlepiej nie zarażać tym innych i zostać sam.

I zostajesz. Stajesz się starym babskiem, starą Zosią-Samosią, Zosią, co sama zasypia i sama pije kawę i piwo, i sama chodzi na spacery, sama na zakupy, sama słucha muzyki; „sama sobie poradzę” – i wybuchasz wewnętrznie śmiechem – tak, poradzisz sobie, debilu, powodzenia.

Ludzie radzą Ci zająć się czymś ciekawym.
Dobra – mówisz – spróbuję.
I zaczynasz robić ciekawe rzeczy, dopóki nie odkrywasz, że odwalasz jakiś szajs, że to jest jakieś straszne gówno, że to nie jest nawet w połowie ciekawe, a w dodatku jesteś w tym beznadziejny. To poczułam, kiedy uświadomiłam sobie, że dostałam pracę jako kelnerka w restauracji i nienawidzę tego, co robię, choć często zdawało mi się, że to jest to! Dobrze, wyszłaś do ludzi, rozmawiasz z nimi, uśmiechasz się do nich, zrobiłaś to, zuchu!
Wyszłaś z piwnicy, pokazałaś im wszystkim, że potrafisz, że stać cię na to.
A potem leżę w łóżku i myślę sobie: na co? Na to, że nawet nie potrafię świergotać jak inni, że kiedy idę do roboty, trzęsą mi się ręce, a potem wypada mi z nich cała taca pełna kufli i talerzy? Że czuję uderzenia gorąca, kiedy mam podejść do stolika i spojrzeć ludziom oczy?

– Przepraszam, co wchodzi w skład tego dania?

Mówię:

– Soczewica, soja, grillowane warzywa, cukinia i grzyby leśne. Bardzo polecam, miałam okazję spróbować!

Myślę:

„Chuj mnie to obchodzi, co jest w środku, w moim środku nie ma nic, a to, co ty masz na talerzu, ja mam głęboko w dupie, chcę wrócić do domu, nie chcę się do ciebie uśmiechać, po co ja się uśmiecham?!”.

Masz już takie wory pod oczami, że mógłbyś sprzedać tę opcję jako nowy patent na kitranie marihuany. Masz takie sińce pod oczami, że sąsiadka mówi Ci, że się rozmazałaś, ale nie daje rady zmyć tego śliną na palcu. I chudniesz, ale kiedy w wakacje marzyłeś o tym, by wyglądać jak teraz, nie spodziewałeś się jeszcze, że przejdziesz na dietę „Zapomniałem, Że Trzeba Jeść” i nie jesteś z siebie dumny. Twoja garderoba skurczyła się o wszystkie rozmiary, które wyglądają teraz jak jakieś płachty na słonie. I z pełną świadomością wciskasz ludziom kit, że wszystko u Ciebie w porządku. A potem zamiast spać, czytasz książki o chorobach psychicznych i psychopatach, by dowiedzieć się, czy przypadkiem nie odjebało Ci za bardzo.
Włosy wypadają kłębami, zęby bolą od szczękościsku, pięści od zaciskania.

Chcesz zniknąć. Nie, że zajebać się, bo nie każdy w równoległej sytuacji tego chce. Pstryknąć, zniknąć, wpisać kod objects_move_on jak w Simsach i wcisnąć delete.

Ale jest jeszcze coś takiego jak pierdolona walka. Głupia walka, głupi, groteskowy Ty z drewnianym mieczykiem w pluszowych rękach vs świat ciężkiego kalibru.
Myślę sobie, że niedługo przyjdzie wiosna, może deszcz zmyje gówna z trawników, ze mnie, z mojej kawy o 4 nad ranem, z mojej pościeli, moich uczuć i decyzji, które podjęła za mnie bura suka.
Właśnie dzisiaj, w środku nocy, postanowiłam sobie, że ten wpis będzie pierwszym krokiem do wyburzenia muru, którym się otoczyłam. Nie wiem jeszcze tylko, na ile w to wierzę.

Dzisiaj nie było zbyt zabawnie, bo nie zawsze musi być zabawnie. Czasem jesteśmy nijacy i czasem wszystko ma prawo takie być.

Ale pomyślałam sobie o jeszcze jednej rzeczy. Pomyślałam sobie o tym, że życiem rządzą cudowne przypadki. Kiedy byłam małą dziewczynką, Babcia zawsze dawała mi takie książeczki, w których trzeba było połączyć kropki. Wtedy powstawał obrazek.
Życie polega na tym samym. Każda chwila, każda jedna sekunda, myśl, każdy przypadek i decyzja jest kropką. Czym jest ta kropka? Na pozór niczym ważnym… na pozór. Bo tak naprawdę każda z nich ma znaczenie. Jednak tylko wtedy, gdy połączysz ją z poprzednią i następną. Tak, czasem jestem naiwna, wierząc w takie rzeczy. Mimo tego wierzę naprawdę – wszystko ma znaczenie. Może nawet ta bura suka nie bez powodu pojawiła się w moim życiu.

Nadal łączę kropki.
Trzymajcie za nie kciuki, a ja trzymam za Wasze.

„Zawsze nadzieja, zawsze ta kurwa w zielonej sukience”.

Reposted byjestnamdzisiajsmutnojessaminejustfeelbezemnieomniepersona-non-grataHoHoklopokot

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl